Kamień - opowiadanie (Polish only)

Jeśli ktoś miałby chęć czytywać moje skromne wypociny, to tutaj starał się będę na bieżąco aktualizować moje opowiadanie które zatytułowałem "Kamień" i którego akcja odbywać się będzie na ziemiach Starego Warhammerowskiego Świata :) Mam nadzieję, że choć w minimalnym stopniu ta skromna twórczość się wam spodoba :) 


Nazywam się Liran ath Arde. Nazwisko ponoć szlacheckie, aczkolwiek zawsze miałem wrażenie, że rodzice niechętnie się do niego przyznają, a jego pochodzenie od zawsze było tematem tabu. Nie do końca istotny jest fakt, z jakiego kraju pochodzę, ważniejszym jest cel do którego dążę. Jak prawili dziadkowie i rodzice moi kochani ( świeć panie nad ich duszą, pomarli lat 8 temu podczas pomoru jakiejś wsi niedaleko Evengrad ), że żyłkę do handlu wraz z mlekiem matki mej Eruviel wyssałem. Fakt to, rówieśników swych zawsze umiałem nabijać w butelkę robiąc dobre interesy, oczywiście z maksymalną korzyścią dla mojej skromnej osoby. Przejeździłem z rodziną chyba większość miast do których zajrzała kultura i cywilizacja, poznawałem tajniki handlu, jego jasne i mniej jasne strony, poznawałem wielu ludzi, często wartych więcej niż tysiąc złotych koron, czasem nie wartych nawet splunięcia. Widziałem śmierć za drobne sumy, ale byłem też świadkiem wielu intryg które sięgały wyżej niż moje skromne dupsko. Rodzice handlowali głównie suknami, butami, biżuterią i perfumami dla dam najznamienitszych dworów, ale czasem znalazły się też medykamenty, broń a nawet i zwierzęta. Wiele razy słyszałem wieczorami, jak rodzice się kłócili, jak ojciec mój Flavio wyzywał matkę, by skończyć z tym i wrócić do tego co było kiedyś. Ale matka była twarda, matka potrafiła go zawsze uciszyć. Pamiętam kiedyś, gdy tato mój spił się nie na żarty, patrzył w ognisko i wybełkotał jedno zdanie : „Za to co robimy, jakowyś syf na nas spadnie. I spadł, 7 dni później. Ja zostałem w Evengradzie by próbować opchnąć na targu ostatnie sukna. I od tego czasu, jestem sam.
Łatwo nie było. Korony które udało mi się wytargować za ostatnie sukna, starczyły tylko na jakiś czas. Czas bardzo krótki. W Evengradzie samotność to śmierć. To jak powolne umieranie samemu w zafajdanym łóżku. I kiedy dnia pewnego, sączyłem ostatnią szklanicę krasnoludzkiej wódki na którą było mnie jeszcze stać i do której miałem niesamowitą słabość, spotkałem go, a właściwie on znalazł mnie. Nazywał się Erril Portner i od razu wiedziałem, że  nie jest to dobry człowiek. Ale przygarnął mnie pod swój dach, zapewnił miejsce do spania i coś do żarcia a z czasem zaczął wydobywać ze mnie wszystkie dobre umiejętności i doświadczenie które zyskałem na szlaku z rodzicami i dziadkami. Najpierw zaczęło się od drobnych interesów, jakieś przesyłki, proste zlecenia, później wyceny wartościowszych rzeczy i umiejętne zarabianie na nich kilkakrotnie więcej niż były warte. Później była już broń, ludzie, handel z innymi miastami, ogólnie mało czyste i jasne sprawy. Zarabiałem naprawdę sporo, po jakimś czasie, można by rzec, odbiłem się od dna. Ludzie Errila chronili mnie, jakbym był ich oczkiem w głowie i po kilku miesiącach...poczułem się kimś naprawdę ważnym. Poczułem się kimś. Zawarłem wiele znajomości, co w handlu jest absolutnie wymagane. Znalazłem też miłość. Na imię miała Erilla i jak nie trudno zgadnąć, była córką mojego pracodawcy. Było tak, jak sobie wymarzyłem. Bez kłótni, bez kłopotów, z pieniędzmi i namiętnością. Niestety. Pewnego dnia los wystawił spory rachunek za te wszystkie, życiowe przyjemności. Razem z Errilem, moją przyszłą żoną (mieliśmy się pobrać 10 dni później) i kilkoma jego ludźmi, organizowaliśmy spory transport broni (nie mam pojęcia skąd Erril to wszystko brał) do jakiegoś miejscowego księcia, bodajże 40 mil na południe od Evengardu. Wszystko szło naprawdę gładko, wszelkie straże dróg były już dawno opłacone a trakt czysty jak łza. Pojawili się nie wiadomo skąd. Za ostatnimi drzewami pierścienia  Evengardzkiej dębiny okalającej to piękne miasto, pojawiło się kilka cieni, które w mgnieniu oka przekształciły się w sylwetki rosłych mężczyzn, żołnierzy jak mniemam, bo klingi mieczy wielkie były niczym oni sami, herby mieli nawet, ale takowych nigdy nie widziałem. Koniczyna na fioletowym tle bodajże. Najpierw chcieli po dobroci. Rzekli, że jeśli oddamy broń, pozwolą nam przejechać dalej. Reakcja Errila była raczej przewidywalna, ostrza mieczy jego ludzi błysnęły szybciej niż  nieznajomych. Ale gdy tamci wyjęli broń...Wiedziałem, że muszę uciekać, nie było jednak gdzie. Trakt, za mną las, a przed piersią otwarte pola. Chwyciłem za łuk, jeden z tych pięknych elfich łuków które transportowaliśmy do naszego tajemniczego zleceniodawcy. Napiąłem strzałę i...zamarłem. Trzy metry przede mną, zza wozu wyłoniła się klinga jednego z nich. Erilla zwinnym ruchem zastąpiła mu drogę i wtedy to się stało...Uniosła rękę, by po chwili wyciągnąć ją ku niemu cały czas krzycząc. Jegomościowi oczy wyszły na wierzch niczym żabie przed błyskaniem, zgiął się w pół i ku mojemu zdumieniu poleciał przynajmniej cztery metry w tył uderzając głową o pień przydrożnego drzewa. Po chwili spojrzała na mnie, znów uniosła ręce tak samo jak wtedy a w powietrzu zakotłowało się nie na żarty. Ostry zapach siarki i azotu jął podrażniać oczy i nos ale ja wciąż patrzyłem. Zaczęła krzyczeć, wrzeszczeć wręcz co chyba było najbardziej przerażające w całej tej sytuacji. Przez chwilę poczułem jak wraz z wozem, wzniosłem się na chwilę nad Ziemię po czym znów opadłem. A później dziki pisk w środku mojej głowy...i...obudziłem się pośrodku nieznanego mi miejsca. Obudziłem się na pięknej polanie, okalanej przecudnym lasem, którego nie mogłem skojarzyć. Obok mnie, resztki strzaskanego wozu. Oś nie do naprawienia. Broń praktycznie w całości zniszczona. Wśród niej, na samym dnie wozu, niewielka szkatułka której wcześniej w tym miejscu nie widziałem. A w niej...

Rozdział 1

A gdyby tak (...) jakiś demon (...) rzekł ci: "Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy; i nie będzie w nim nic nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz i każda myśl i każde westchnienie i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi, i wszystko w tym samym porządku i następstwie" – (...) Czy nie padłbyś na ziemię i nie zgrzytał zębami i nie przeklął demona, który by tak mówił? Lub czy przeżyłeś kiedy ogromną chwilę, w której byś był mu rzekł: "Bogiem jesteś i nigdy nie słyszałem nic bardziej boskiego". Gdyby myśl ta uzyskała moc nad tobą, zmieniłaby i zmiażdżyła może ciebie, jakim jesteś. Pytanie przy wszystkim i każdym szczególe: "czy chcesz tego jeszcze raz i jeszcze niezliczone razy?" leżałoby jak największy ciężar na postępkach twoich. Lub jakże musiałbyś kochać samego siebie i życie, by niczego więcej nie pragnąć nad to ostateczne, wieczne poświadczenie i pieczętowanie.

                                                                                                                      F. Nietzsche

A w niej...Gdy otwierała się ciężko, przytłoczona niewiarygodną wręcz liczbą drogich kamieni zastygłych w złocie, nie przypuszczałem, co może kryć w zakamarkach tak niewielkiej przestrzeni. Gdy pierwsze promienie słońca, zaczęły pospiesznie wnikać do środka oświetlając wnętrze szkatułki...mym oczom ukazał się niewielki kamień. Przezroczysty twór o regularnym kulistym kształcie i zielonej barwie po chwili znalazł się w mojej dłoni, a ja usiadłszy na ziemi patrzyłem na niego urzeczony przynajmniej kilka chwil. Dla niejednego podrzędnego handlarza z okolic Evengardu i całego Imperium, byłoby to kolejne cudne świecidełko, które warto jak najszybciej „opchnąć” zapewne za niezbyt wygórowaną cenę. Moje oko, które widziało już niejedno powiedziało mi od razu, że mam tu do czynienia z czymś...czego tak naprawdę nie ma, lub w moim pojęciu po prostu nie istnieje. Piękne, misternie oszlifowane cudeńko, które zieloną poświatą obejmowało prawie całą moją dłoń, w iście niesamowity sposób załamywało światło w swoim wnętrzu. Zupełnie jakby diamentowy rdzeń zatopić w kuli żywicy. Rozejrzałem się odruchowo dookoła, ale w tej danej chwili nic nie mogło na dłużej zaabsorbować mojej uwagi. Kwietna łąka niczym królewski ogród kołysała się wraz z muzyką wiatru, a wtórujący mu szelest liści okolicznych drzew i niedawno rozpoczęty koncert miejscowego owadziego królestwa sprawiał, że chciało się tu zostać na zawsze. Ciepłe, letnie powietrze otulało twarz, a trawa była dywanem zacniejszym niż ta w najznamienitszych komnatach Altdorfu. Chowając kamień z powrotem w szkatule, dostrzegłem szczegół który wcześniej, co najdziwniejsze umknął mojej uwadze. W chwili gdy kamień ów błysnął pod światłem, zauważyłem nierówność, jakby rysę układającą się w poziomej linii. Sięgnąłem po szkło kontaktowe z którym jako szanujący się handlarz nie rozstawałem się nigdy i to co w nim ujrzałem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Mym oczom ukazały się niezwykle małe, wyryte najprawdopodobniej magicznie krasnoludzkie runy. Wiele ksiąg, które przestudiowałem podczas mojej dotychczasowej kariery traktowały o kunszcie krasnoludzkiej pracy oraz o magii run która nieodłącznie wiązała się z khazadzkim jubilerstwem, ale zwykle opisywane one były w kategoriach legendy lub egzotu nie mającego już miejsca we współczesnym świecie . Wiem jedno, runy były tak małe, iż nie mogły zostać wyryte w naturalnym procesie, a żaden ze znanych mi ludzi, nawet tych najbardziej cenionych w Altdorfie, nie byłby w stanie uczynić czegoś równie podobnego. Szczęściem handlarza, a może i także jego zmorą jest fakt potrzeby bezustannego zdobywania wiedzy. Gdy nie umiesz się porozumieć, lub pojęcie w materii z którą masz do czynienia jest bardzo mgliste, szanse na uznanie kupca i jego obrotność kupca stają się mocno wątpliwe. Dlatego czasem, może i zbyt nadgorliwie, uczyłem się rzeczy które początkowo wydałby się dla mnie zupełnie nie przydatne..chociażby podstaw pisowni i znaczenia krasnoludzkich i elfich run...

Napis wyryty na kamieniu, w wolnym tłumaczeniu oznaczał "Argoth" co nie powiedziało mi absolutnie nic. Być może było to imię właściciela owego kamienia, który chciał swą własność naznaczyć własną tożsamością jak ongiś czyniono. Być może był  to prezent, stworzony na specjalne zamówienie co w wyjątkowych sytuacjach również miewało miejsce. Na ten czas, była to zagadka nierozwiązywalna.

Wstałem z miejsca trzymając cały czas kurczowo kawałek nieznanego mi kruszcu. Polana była jakby wyspą pośrodku bezkresnego morza drzew, które zapewne przyjdzie mi przemierzać z coraz bardziej przybliżającą się wizją towarzyszącego mi głodu i ciemności. Postanowiłem podążać za słońcem, niech ono będzie mi drogą, może zaprowadzi mnie w miejsce gdzie uświadczę ciepłej strawy i zimnego imperialnego piwa. A później poszukam drogi do domu i mojej rodziny.

- Chodź Argoth – krzyknąłem radośnie – Do Evengradu ! I wtedy zapanowała ciemność....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz